Pani Barbara Prymakowska, kobieta całe życie aktywna. Ukończyła Akademię Wychowania Fizycznego i przez następne 38 lat była nauczycielką wychowania fizycznego w różnych typach szkół. Sport był jej bliski przez całe życie. Dzisiaj, mając 76 lat, nadal stawia sobie nowe wyzwania. Bieganie, pływanie, rolki, czy narty to tylko fragment niesamowitej przygody Pani Barbary ze sportem.

Loco Sport: Jak to się wszystko właściwie zaczęło?

Barbara Prymakowska: Moim pierwszym sportem było narciarstwo zjazdowe, robiłam instruktora na AWF. Nieco później pojawiły się biegówki, ale to już po tym jak zaczęłam biegać. Poza tym był tenis, pływanie, łyżwiarstwo. Razem z mężem prowadziliśmy szkółkę łyżwiarską w Tarnowie.

LC: Zacznijmy od tego biegania.

BP: Samo bieganie zaczęło się bardzo przypadkowo. Było bardzo niedobre lato, nie można było jeździć na zbiorniki wodne i pływać, a pływam kilkoma stylami i bardzo to lubię. Poszłam sobie troszkę potruchtać, namówił mnie do tego mój mąż. Wydawało mi się, że mam bardzo dobrą kondycję. Przecież pracowałam jako wuefistka. Tym bardziej, że nie siedziałam z gwizdkiem w zębach, tylko bardzo aktywnie prowadziłam zajęcia. Z mojego pierwszego biegania wróciłam mimo wszystko niezadowolona. Okazało się, że to zupełnie inna dyscyplina sportu. Zupełnie inaczej pracuje oddech. Mój mąż stwierdził, że muszę zgrać sobie oddech, tak jak to robię w pływaniu i na pewno będzie lepiej. I tak zaczęło się to moje bieganie.

Mając 58 lat przebiegłam swój pierwszy maraton – Cracovia Marathon. Było bardzo ciepło, co mnie trochę zniechęciło. Mój mąż jechał ze mną całą trasę rowerem, a ja przebiegłam ten maraton w czasie 4h31min. W mojej kategorii wiekowej czas ten dał mi wynik na pudle. I to mi dało do myślenia, że chyba jednak nie jest tak źle…

Następny maraton to był Poznań, gdzie biegłam już w niższej temperaturze. Czas miałam 20 minut lepszy, co mnie zdecydowanie bardziej zachęciło do dalszego biegania. Potem zaczęły się maratony zagraniczne. Zrobiłam Koronę Maratonów Świata – World Marathon Majors. W skład tej korony wchodzą maratony z Tokio, Boston, Chicago, Londyn, Berlin, Nowy Jork.

LC: A potem pojawiły się narty biegowe?

BP: Tak. Już po tym jak pojawiło się bieganie u mnie, kolega namówił mnie na biegówki. I tak się stało, że pokochałam narciarstwo biegowe. Do tego stopnia, że zaczęłam startować w wielu zorganizowanych imprezach. Wielokrotnie pojawiałam się na starcie Biegu Piastów (http://bieg-piastow.pl/), a także w Marcialonga we Włoszech (długodystansowy bieg narciarski), gdzie w swojej kategorii wiekowej wygrywałam. Kolejne zawody to Ludwig Lauf w Niemczech, Dolomitenlauf w Austrii, a także 50-tka Izerska. I tutaj również wielokrotnie wygrywałam, oczywiście w swojej kategorii wiekowej.

LC: Ale bieganie i narty to nie wszystko?

BP: Nie. Jeżdżę również na łyżworolkach. Mało tego, pokonuję na łyżworolkach maratony! Staram się zawsze tak starty układać, żeby koniecznie brać udział w Cracovia Marathon, gdzie mogę startować właśnie na rolkach. Co prawda nie ma w tej konkurencji kategorii wiekowych, niemniej dużo młodych ludzi zostawiam za sobą. Poza tym jest jeszcze fitness. Razem z mężem zarejestrowaliśmy w Tarnowie prywatny ośrodek rekreacji. On uczył gry w tenisa, a ja prowadziłam zajęcia pod nazwą „Gimnastyka wyszczuplająca dla kobiet”. To były zajęcia na sali, ale też Aqua aerobik. Natomiast jak już przeszłam na emeryturę, pojawił się w Tarnowie klub Fitness Forma, skąd dostałam propozycję prowadzenia zajęć. Oczywiście zgodziłam się i tam pracuję do teraz już od 17-tu lat. Mam kilka grup i regularnie, 3 razy w tygodniu prowadzę zajęcia. 

LC: Takie zajęcia z pewnością świetnie zapobiegają kontuzjom?

BP: Bieganie jest bardzo kontuzyjne. Obciąża nasz cały układ kostno-stawowy. Jest to klepanie cały czas jednych i tych samych mięśni. Ja trenuję różne sporty, żeby to wszystko było urozmaicone. Czasem robię przerwę od biegania, zakładam wtedy rolki, czy nartorolki.

Natomiast moja najpoważniejsza kontuzja to ewenement. W lewym kolanie nie mam wewnętrznej łękotki. Po nieszczęśliwym wypadku na wyciągu Orczykowym przechodziłam długą rehabilitację. Myślałam, że nie wrócę już do biegania. Mogłam jeździć na rowerze, pływać, ale nie biegać. Mimo wszystko nie odpuściłam. Powiedziałam sobie, że wrócę jak już nic mnie nie będzie bolało. Trwało to dobre pół roku, ale w końcu wróciłam. Z kolei w tym roku na maratonie w Krakowie, jadąc na rolkach, fiknęłam kozła przez barierki. Na szczęście nic poważnego sobie nie zrobiłam.

LC: No i są jeszcze biegi górskie, w których brała Pani udział.

BP: Dużo chodziłam po Tatrach. Chyba nie było takiego miejsca, gdzie bym nie dotarła. Biegi górskie są zupełnie inne. Dodatkowym ich atutem jest przyjemność obcowania z przyrodą. W takim biegu startuje raptem 200-300 osób, są kameralne. No i jest to zupełnie inna technika biegu. Jak powiedział Jerzy Skarżyński, te wszystkie ultra to jest turystyka piesza i ma 100% racji! Bo tylko garstka zawodowców wbiega i zbiega, a reszta często idzie. Uważam, że to jest świetne, bo każdy robi to, co lubi.

LC: Co na to wszystko rodzina?

BP: Mój mąż też jest sportowcem. Jest po Akademii Wychowania Fizycznego, tak jak ja. Razem jesteśmy na jednej fali. Jedno rozumie drugie i bardzo sobie pomagamy. Jesteśmy razem 55 lat, moja córka mówi, że to już patologia (śmiech). Moje dzieci mają inne profesje zawodowe, ale uprawiają sport tak jak my, wiele dyscyplin. I tym samym łańcuszek idzie dalej, bo moje wnuki również kochają sport.

LC: Czy stosuje Pani jakąś specjalną dietę sportowca?

BP: Nie. Przyznam, że jak miałam 30-40 lat, to nie zawsze patrzyłam na to, co mam na talerzu. Były inne priorytety. Były dzieci i trzeba było szybko codziennie się uwijać. Dopiero jak zaczęłam biegać, zaczęłam zwracać uwagę na to, co jem. Mimo, że nigdy nie miałam problemów z wagą. Przez całe moje życie ważyłam 45kg, ale też nigdy nie byłam na żadnej diecie. Jaki jest zatem przepis? Posiłki mam bardzo regularne, a to co mnie trzyma przy zdrowiu, to sen. Teraz już mogę pozwolić sobie na 1,5h drzemkę w ciągu dnia. Wcześniej, kiedy były dzieci, czy pomoc przy wnukach, to było niemożliwe.

Kawy nie pijam. Jem dużo nabiału i dużo polskiego, prostego jedzenia. Bez żadnych wyszukanych potraw. Mięsa jem bardzo mało. Bazuję na fasolach, strączkach, ale też jem dużo owoców polskich, bardzo dużo warzyw, i to w zasadzie na surowo. Jako przekąski suszone owoce. Bardzo lubię kasze, makarony, a uwielbiam gorzką czekoladę. Natomiast pozostałych słodyczy, ciast po prostu nie lubię.

LC: Jest Pani niesamowitą inspiracją. Zapewne takie wywiady nie należą do rzadkości?

BP: Staram się inspirować innych, więc często udzielam wywiadów. Dlaczego? Bo uważam, że człowiek jest tyle wart, ile dobrego zrobi drugiemu za Bóg zapłać. Staram się pokazać, że przechodząc na emeryturę nie trzeba wegetować, bo to jest najgorsze. Oczywiście, nie zawsze wszystkim zdrowie pozwala na aktywności, ale prawda jest też taka, że przez całe swoje życie pracujemy na to zdrowie.

zdjęcie z Mount Blanc fotografowal Jacek Heliasz

Zdjęcie z Mont Blanc. Fotografowal Jacek Heliasz

LC: Najbardziej pamiętny bieg?

BP: Sentymentalny bieg to maraton w Atenach. On powinien być w World Marathon Majors. Przeżyłam ten bieg bardzo mocno z kilku powodów. Przede wszystkim jest on bardzo trudny, bo do 32-go kilometra biegnie się cały czas pod górę. Ale nie dlatego tak zapadł mi w pamięć. Dobiegając do 28-29 kilometra, zobaczyłam transparent polski. Kibice widząc imię Barbara na numerze i polską flagę, zawołali do mnie „Biegnij Barbara, jeszcze Polska nie zginęła!” Ten okrzyk tak mnie zmobilizował, że pomyślałam sobie tak: Na kolanach, ale za ten okrzyk ja muszę przekroczyć linię mety! Na kilka kilometrów przed końcem, moje „czwórki” były już tak umordowane, że nie mogłam złapać rytmu. Ale dobiegłam na metę. A tam - piękny stadion, Zorba w tle, kto może ten tańczy i wtedy się dowiaduję, że jestem pierwsza w mojej kategorii wiekowej. I to była pełna radość.

LC: Największym osiągnięciem jednak wcale nie jest żaden bieg, ani nawet World Marathon Majors…

BP: Tak. Moje największe osiągnięcie, to nie ta Korona Maratonów Świata, ale zdobycie Mont Blanc. To przeżyłam niesamowicie, można powiedzieć podwójnie, ponieważ mój wuj zginął na Mont Blanc. Miałam wtedy 12-13 lat. Prowadził wyprawę na górę, przy zejściu hak się oderwał od liny i spadł. Nasz atak szczytowy mieliśmy z 18 na 19 sierpnia, ale pogoda się załamała i musieliśmy zawrócić. Powtórkę mieliśmy następnego dnia, z 19 na 20 sierpnia. Na szczycie znalazłam się zatem 20-tego sierpnia i była to dokładnie 57 rocznica śmierci mojego wuja. Ja miałam wtedy 68 lat. Zostawiłam mu na szczycie maleńki znicz. I to dla mnie było największe przeżycie.

LC: Tak na koniec, jakie jest Pani motto życiowe?

BP: Mając 76 lat już nie muszę sobie nic udowadniać. Pięć razy słuchałam Mazurka Dąbrowskiego, bo regularnie startuję na mistrzostwach świata, ale Masters. Zawsze jestem na pudle i słucham naszego hymnu. W czasie roku mam ponad 30 startów. Ale cieszę się z każdego dnia i wykorzystuję go najbardziej jak mogę. Kiedyś ktoś mnie zapytał, czym jest szczęście. Nie musiałam się długo zastanawiać. Mało mieć, dużo przeżywać i to jest moja dewiza.